Się słuchy,że w mieście widziano ogłoszenia o amnest 

 

                          PUSTE  RĘCE 

 

 

Szła jesień i dni deszczowe następowały jedne po drugich,a mgliste poranki wciskały się pod przemoczoną odzież. 

Szliśmy na południe,odstępując pod naciskiem własowców od Puszczy Kampinowskiej.Dalej i dalej na południe aby zapaść w lasy kieleckie lub nawet w góry Świętokrzyskie.Przy przejściu przez tory kolejowe pod Jaktorowem wspadliśmy w zasadzkę i cała kolumnna poszła w kibinimat`.Byliśmy zagubieni w nieznanym terenie,taki jaktorowy odprysk.Większość to byli chłopcy z powstania nie obeznani z leśnym życiem.Zimę przeczekaliśmy w jakimś nędznym dworze,ale nowe czasy wypędziły nas dalej w las. 

Po wsiach siedziało wojsko i chłopi bali się dawać kwatery,choć zli byli na nową władzę że zimi nie rozdzielają jak to było obiecane.Władza przejęła majątki,w niektórych siedzieli Ruskie albo ichna bezpieka.Chłopi mimo wszystko się bali.Z obu stron grożono i nikomu nie można było wierzyć. 

U nas ci co nie wytrzymali i poszli za nową władzą też nie wygrali.Szeregowych zagnano do kopalń lub do obozów,a starszyzna znikała bez śladu.Jedni mówili że poszli pod ścianę,a inni słyszeli że wysyłano ich na wschód po śmierć.Każdy z nas ściskał broń w ręku jak najświętszą relikwię i nawet we śnie palce czule obejmowały zimną stal.Broń to było życie.Bez broni nie było niczego,ani tego powietrza zaczerpnąć ani brzuch napełnić.Paru z rozpaczy na rozbój wyskoczyło.Kapitan kazał ich rozwalić za wiatrakiem.Żal było chłopaków,ale co to za wojsko co rabuje.Ciągle trzymaliśmy fason,że niby to jeszcze jesteśmy normalnym wojskiem choć kryjącym się w lesie. 

I tylko nocami na posterunki milicji i partyjne gniazda robiliśmy akcje,z których wracało się z dobrym zaopatrzeniem i nowym zapasem amunicji.Ale to ostatnio gdy rano stawaliśmy do apelu zdarzało się że tego i owego brakowało.Po prostu jakby wyparował.Wymykali się po cichu,wstyd był przed kolegami,a też za dezercję czekała kula.Gdzieś tam były rodziny niewidziane po parę lat.Nowe życie na zachodnich obszarach czekało bez pytań skąd i co sie robiło w poprzednim bytowaniu.Zostali w końcu ci ze wschodu,których nowa granica oddzieli od swoich i ci ziejący nienawiścią pamiętający wszystkie krzywdy. 

Po ostatniej akcji rozeszly się słuchy,że w mieście widziano ogłoszenia o amnesti – kto wyjdzie i zda broń wolnym będzie i nowe życie niech zaczyna,bo wszystko będzie zapomniane. 

Wśród tych co zostali byłem namłodszy.Dwóch czy trzech było starszych o jeden rocznik lub dwa.Nas nikt nie putał o zdanie,smarkacze byliśmy i tyle.Nie wiadomo co było z nami robić,takie piąte koło u wozu.Byliśmy i tyle.Rodziny gdzieś tam zostały i nie wiadomo było czy ktoś z nich ocalał,nie było do czego wracać.Myśmy razem stanowiliśmy tą rodzinę której nie było.Tu był dom i to zasrane życie i ten kawałek zimnego metalu w  dloni.Dziś ja,jutro może ktoś inny,kogo to obchodziło i komu byliśmy potrzebni.Nikt nie myślał co będzie jutro a to co w garnku było najważniejsze.Starszyzna zamykała się w leśniczówce i pili bimber,klęli że ani się przybliżyć,ani zapytać.Oni byli jak wilki otoczone obławą i my razem z nimi. 

Łącznik który co dwa tygodnie przyjeżdżał z gazetkami i rozkazami już cały miesiąc się nie pokazał.Dwa razy wychodziliśmy w stronę stacji kolejowej,tej za tartakiem,ale zawsze wracaliśmy w głąb lasu bez niczego.Minął jeszcze miesiąc i przestaliśmy wychodzić na akcje aby nie ściągnąć na siebie obławy.Tu i tam trochę strzelaliśmy,przeważnie rozwalaliśmy pijanych rusków którzy szykali zegarków i kobiet.Amunicja była ściśle wyliczona ale przegląd broni i oporządzenia nie był już tak surowy. 

Akurat na Jedenastego Listopada Antoni dostał postrzał w brzuch.Felczer przywieziony z miasteczka opatrzył ranę,ale kuli nie udało się wyciągnąć.Poradził się modlić.Antoni skonał po dwóch dniach.Zostało nas trzynastu – feralna liczba,wiadomo przynosząca nieszczęście. 

Było coraz chłodniej i deszcze zacinały pierwszymi igiełkami lodu.Leśniczy bał się coraz bardziej mimo że to był kawał twardego chłopa.Przybył w te strony gdzieś znad granicy sowieckiej jeszcze przed wojną.Chodziły słuchy że kogoś tam zastrzelił co mu po lesie za dużo się kręcił.Sprawę uciszono,bo zasługi miał duże i z generałami polował,więc tu go przeniesiono.Żył sam,ale mówiono że gdzieś w drugim powiecie ma swoją kobietę do której dojeżdza.Wczoraj leśniczy powrócił późno z jednej z tych tajemniczych wypraw i zaprosił wszystkich na bimber.Samogon sam pędzil z kartofli które rosły na leśnej polanie.Tego wieczoru nasmarzył kartofli ze słoniną i przyniósł sagan na stół.Już z tych milczących przygoowań wiedzieliśmy że ic dobrego tym razem nie usłyszymy.Zresztą już od dłuższego czasu tak było.Leśniczy to był nasz wywiad i nasze okno na świat.Kupował dla nas tytoń i przynosił ich gazety pełne haseł i nienawiści do leśnych.Nadawał różne informacje,które przekazywane dalej wracały do nas w formie rozkazów operacyjnych.Zaraz też napełnił szklanki i po drugiej kolejce po prostu powiedział – Panowie trzeba się przenosić!Zabierają mnie stąd.Nowy tu przyjdzie,ichny.Mnie już nie wierzą,a to drogę będą rąbać pod kolej bo w lasach będzie nowa fabryka dla wojska.Więc dalej z oczu,dalej w las,bo tu już nic się nie ukryje.Powiedzieli – mówił – że ja za stary i nowych czasów nie rozumiem więc muszę odejść.Na Zachód mnie przenoszą na poniemieckie gospodarstwo,bym odpoczył,tak to tłomaczyli. 

Milczeliśmy bo i co można było powiedzieć.Dowódzca dał nam znak żeby iść spać na nasze legowiska do stodoły.On zamknął się sam ze starszyzną i ze starym.Przez otwór w dachu widzieliśmy że światło w leśniczówce paliło się do rana.Do południa nic się nie działo.Po obiedzie zebrał nas kapitan,rozłożył mapę na stole i palcem pokazał dokąd pójdziemy.Dwa dni marszu,puszczą na przełaj i do innego powiatu,gdzie o nas nie słyszeli.A co dalej?Tam dostaniemy odprawę i pojedyńczo lub po dwóch na cztery strony świata.To tak jak pójść na własny pogrzeb.Było dużo gadania,gdzie i jak,ale kapitan i dwóch sierżantów,wszyscy zawodowi jeszcze sprzed wojny,spróbują. na słowacką stronę a stamtąd do Austrii do Amerykanów.Podobno w Niemczech gdzieś tam zbierają kadry na następną wojnę. 

Wiec broń zamelinuje się gdzieś tam i łącznik przyniesie odprawę i lipne papiery,bo żadnych prawdziwych nikt z nas już nie miał.Jeśli wogóle ktoś miał to dawno spalił wtedy gdy wpadliśmy w okrążenie z którego po tygodniu poprzez błota wyprowadzono nas na zewnątrz. 

Wszystko było zaplanowane i tak też się odbyło.Broń owinięta w natluszczone szmaty poszła do ziemi na wieczny pochowek.Nic z tego wszystkiego nie zostało w głowie,poprostu uciekło jakby nigdy nie było. 

Po kilku dniach wracałem do tego miasta którego nie było.Pociąg zatrzymał się na zachodnim krańcu ,bo dalej już nie było torów.Szedłem szybko wymachując rękami bo nic w nich nie miałem po raz pierszy od wielu miesięcy.Wymachiwałem pustymi rękami ,a sam pusty byłe od wewnątrz. 

Paryż 1997    

 

 

  • Facebook