POMIDOROWA  AWANTURA 

 

 

Już trzy tygodnie leżeliśmy na barykadzie mając płonące miasto za plecami.Byli tacy co zazdrościli nam tego spokoju na skraju dzielnicy.Przed nami było pole a na polu dojrzewały pomidory,czerwieniąc z każdym dniem.Ale dojść do pomidorów było niemożliwe.Po drugiej stronie pola siedzieli oni,a oni dobrze strzelali bo to robili już piąty rok.Na czterysta metrów pierszym strzałem trafiali w lusterko z puderniczki,która służyła nam jako peryskop. 

Jeść się chciało coraz bardziej.Przez pierwsze dni ludzie przynosili z domów posiłki ale czy to entuzjazm opadł czy też i u nich brakowało jadła.Z tyłu  nam nie przynoszono zaopatrzenia a i amunicja też się kończyła.Wtedy nikt nie myślał co będzie dalej i byliśmy pewni że będzie dobrze.Strat prawie nie było – takie "na barykadzie bez zmian".A pomidory były coraz bardziej czerwone.Raz dziennie wysyłano do tyłu dyżurnego żeby zorganizował jedzienie.Chleba od tygodnia nie było.Siorbaliśmy wrzątek zasypany mąką lub jakąś kaszą,a czasem jak szczęście się uśmiechnęło to i w tym wrzątku pływały kawałki zeschniętych jarzyn.Kartofel był żadkim przysmakiem. 

Kiedyś w nocy przyszedł do nas jakiś ważniak sztabowy i siedząc skulony pod barykadą pouczał nas że zwycięstwo tuż za rogiem...Jak się później okazało już w dwudziestym roku walczył z bolszewikami pod Warszawą i wierzył że cud nad Wisłą znowu się powtórzy."Szable do boju i lance w dłoń!" ale mlodość naszych ojców  była inna,a nasza zgnojona przez lata czarnego terroru.Ale to nic nie zmieniało bo co drugi bł Kmicic czy Wołodyjowski. 

Minął jeszcze jeden tydzień i przesunięto nas na inną barykadę bardziej ostrzeliwaną.Strzały były akuratne,oni byli wstrzelani w każdy punkt a my musieliśmy się uczyć odnowa terenu.Zaraz pierwszego dnia na nowym miejscu dwóch oberwało z granatnika,akurat tych co poszli po zupę.Raz podjechał zupełnie blisko Tygrys i trzelił dwa razy i mocny zapach przypalonego karmelu wyszedł z worków wypełnionych cukrem co leżały  na wierzchu barykady.Zresztą w całym rejonie worki z cukrem służyły jako umocnienia.W chwilach spokoju dłubaliśmy w workach i wrzątek mocno osłodzony zastępował herbatę.Teraz można było wierzyć  nawet w zwycięstwo mimo że z drugiej strony Wisły oddawna ucichły armaty.Wcale nie tęskniliśmy do nich,ale to była nasza jedyna nadzieja na przeżycie. 

Z zaopatrzeniem było coraz gorzej zwłaszcza że przyszły rozbite odziały z innych dzielnic i na wiadro zupy podwoiła się  ilość głodnych gęb.Ale to byli fajni chłopcy,wyszlifowani.Dużo umieli,więcej od nas.Rozejrzeli się po okolicy i któryś z nich zapytał dlaczego takie czerwone pomidory wiszą do tej pory na krzakach.Od tej pory zaczęło się pomidorowe szaleństwo.Przez parę nocy trwało rozpoznanie.W jakich godzinach oni są bardziej czujni a kiedy idą spać.Zauważyliśmy że nad ranem na parę  godzin przed świtem nawet na rzuconą puszkę po konserwach,która się hałaśliwie toczyła po bruku nikt nie reagował. 

Przeszło parę nocy i moc głupich dowcipów się pojawiło,że to my w oblężonym Zbarażu, że to a tamto.Wreszcie postanowiono wysunąć głowę i zobaczyć kogo mamy naprzeciwko.Siedzieliśmy jak głupi w raju a za plecami z tyło płonęło miasto i wydawało się że odgłosy walki wogóle nas nie dotyczą.W tym czasie też ktoś tam na górze się widać obudził i przyszedł rozkaz – rozpoznanie! 

A na przedpolu czerwieniały pomidory.W nocy zapach dochodzący z pola  wiercił w nosie  i nie dawał spokoju.Na wyjście na rozpoznanie było dużo chętnych.Właściwie chciało się wyskoczyć do przodu nie z ciekawości ani nie z nudów,lecz po pomidory.Aż pewnej nocy zahuczały nad nami samoloty i z roświetlonego pociskami nieba zakwitły jasne kopuły spadochronów.Wielkie HURRA!Słyszało się i z prawa i z lewa że to desant,że przychodzi wyczekiwane wyzwolenie.Ale szybko przyszła wiadowość że to tylko zasobniki z zaopatrzeniem.Spadochrony powoli zniżały się ku ziemi i nocny wiatr znosił je na krańce miasta,na ziemię niczyją na teren między nami a nimi.Otwarzyło się piekło z obu stron.Ogień szedł gęsto i nie cichł choć zrzuty były już na ziemi.Paru wyskoczyło do przodu i tam pozostali na ziemi.Dopiero na drugą noc wyczołgał się patrol by ściągnąć najbliżej leżący zasobnik.Poszło czterech a jeden tylko wrócił i też ranny.Na następną noc  wysunął się nowy patrol.Sąsiednia barykada markowała wypad aby odwócić uwagę wroga,a od nas poszli z linami żeby obwiązać zasobnik i ściągnąć z pola.Kiedy zasobnik był już pod barykadą ostatni z patrolu podniósł  się do góry i w wyciągniętej ręce czerwienił pomidor.Naraz krótka serja i odcięta jak nożem dłoń potoczyła się po bruku ulicy.Trysnęła krew z kikuta  a spośród zaciśniętych palców dłoni wyciekał pomidorowy sok. 

To buł koniec pomidorowej gorączki i choć niektórym z opuchłych dziąseł ciekła krew i pierwsze zaczątki szkorbutu zaczeły się pojawiać.I tak aż do zawieszenia broni pomidory pozostały dalekim marzeniem.Wychodząc do niewoli przechodziliśmy przez  pole gnijącej cebuli w pierwszych jesiennych deszczach.Mimo krzyków konwojentów kolumna się przerwała i rzuciliśmy się w pole. 

Już będąc w obozie któregoś dnia przyjechał do kuchni wóz naładowany pomidorami już nieco nadgniłymi.To miało być na zupę ale nasi otoczyli wóz .Koledzy którzy byli od początku wojny patrzyli na nas ze zdziwieniem ale tylko my wiedzieliśmy ile wart jest pomidor. 

  • Facebook