ANIOŁ NIE DOPILNOWAŁ 

 

A może właśnie w tej chwili byla NIEBIESKA ZAMIANA WARTY I Anioł Stróż odwrócił się do tyłu... 

 

Kula weszła przez oko i wyszła tyłem czaszki wraz z kawałkami mózgu.Czy w wyniku tego Anioł Stróż stracił posadę? Chyba nie,bo w niebie zawsze brakuje dobrych pracowników,nigdy nie ma za dużo aniołów i wszystkim opadają skrzydła ze zmęczenia.Zresztą na ziemi dzieją się doprawdy niesamowite rzeczy.Nie można być wszędzie i wszystkiego dopilnować.A może jakość nadzoru zależy od ilości modlitw dochodzących z ziemi i zaliczanych na konto tego czy owego.A może zabity nie miał nikogo,ktoby za nim się wstawial,a może wreszcie niebieska buchalteria popełniła omyłkę?To przecież było przed epoką kompAuterów!Więc kto był winnien – NIKT ! To przecież najprostrze wyjście z sytuacji.A może zabity ... dlaczego popchał się do przodu choć aniołowie szeptali mu na ucho że nie,że niebezpiecznie...że wogóle po co...Widać aniołowie musieli być zdrowo zdenerwowani i stracili głowe skoro tego dnia mało kto wyszedł żywy. 

 

To były inne czasy.Zdrowy rozsądek wziął długotrwały urlop i do tej pory nie wiadomo czy wogóle powrócił.Wszystko  sie pokiełbasiło i żadnego porządku nie można się dopatrzeć. 

Byliśmy mlodzi i każdemu komu zachciało sie rzucać nami jak kamieniami na szaniec , że ostały się tylko kości białe.Ale sztandary zmieniły swoje barwy i inne kości składano do ozdobnej urny. 

Zabitego pochowaliśmy pośrodku małego podwórka otoczonego szarymi murami czynszowej kamienicy.To był nasz pierwszy zabity.Zaróżowione policzki zmieniły kolor,ziemista szarość pokryła sztywniejące ciało.Od tego czasu wyrobił się swoisty rytuał – opróżnić kieszenie,znaleźć butelkę i włożyć do niej kartkę z personaliami,przyczepić sznurkiem lub lepiej drutem butelkę do nogi,o ile jeszcze noga wogóle istniała i przysypać ziemią.Dwie deski na krzyż i krótkie wieczne odpoczywanie ... 

Oni już mogli odpoczywać,byli już poza wszystkim,po drugiej stronie,jak to się w tedy mówiło.Z czasem przestało się zbijać trumny,owijano w prześcieradła,później gdy już nie było prześcieradeł został tylko czarny papier do zaciemniania,a wreszcie tak jak kto był prosto do ziemi i już.Tylko aby szybciej żeby samemu nie dostać i być na wierzchu  aby najkrócej i wejść spowrotem pod ziemię lub ukryć sie za ścianą.Śmierć przestała być czymś szczególnym,było tego za dużo.O świcie przy pierwszym świetle spoglądalismy po sobie.Niewypowiedziane pytanie nie opuszczało nas  ani na chwilę – kto następny...A oczekujących było coraz mniej.Tylko o jednym się myślało – O,Bożę żeby zginąć odrazu,niespodziewanie.Strach ogarniał na samą myśl o piwnicznych korytarzach wypełnionych rannymi,operowanych bez narkozy,gnijących w smrodzie gangreny. 

Wodę wydzielano po kubku dziennie.Talerz rozgotowanego jęczmienia i parę kostek cukru.Cukru było dużo,nie wiadomo skąd.Czasem zamiast worków z piaskiem układano worki wypełnione cukrem.Pociski paliły cukier i ostra woń karmelu zagłuszała inne wonie. 

 

Wszystkiego brakowało,a nawet nadziei już nie było,zaginęła w przemijających dniach.Zza rzeki znowu było słychać ich artylerię,ale gdzieś daleko.Nie wiadomo w którą stronę kierowała się nasza nienawiść – na wschód czy na zachód.Kto był gorszy?Ci co strzelali i zabijali,czy ci co z daleka przypatrywali się płomieniom nad ginącym miastem. 

Zabitych ciągle przybywało.Już nie chowano ppojedynczo,tylko po paru,jak leci bez wielkich ceremonii.Z jakąś okrutną obojętnością.Stojąc nad grobami zastanawialiśmy się kogo jutro będziemy grzebać w tej ziemi,a może jeszcze dziś bo do jutra nie doczeka.Noc też nie dawała wytchnienia.Ciągle strzelano i hałas zlewał się w jednostajne dudnienie.Ale w końcu wszystko zamilkło i trzeba było wyjść z miasta. 

 

Po wielu miesiącach powróciliśmy.Nie wszyscy.Życie powoli wracało jakby do normy,a w normalnym życiu martwi powinni być na cmentarzach.Ulice i place,ogródki z nędzną zielenią należały do tych co wyżyli a oni nie chcieli być dlużej z martwymi.Powoli,powoli otwierano groby i zabierano to co pozostało i przewożono na północny skraj miasta.A tam czekały już równe rzędy dołów wykopanych w piaszczystej ziemi. 

Ekshumacje posuwały się powoli,trudno było identifikować szczątki,koledzy bali się przychodzić bo nieraz ONI zabierali znad otwartych grobów. 

Pewnego dnia rozpoczęto rozkopywać i na naszym podwórku.Na grobie naszego pierszego zabitego wyrósł w miedzyczasie spory krzaczek.Ktoś powiedział że trzeba najpierw to ziele ściąć,ktoś inny radzil poprostu wyrwać.Było lato i sucha ziemia stwardniała,więc w końcu przniesiono piłę i spore już gałęzie dały się ściąć.Zaczęto rozgrzebywać ziemię,korzenie szły w głąb i nagle wyłoniła się czaszka opleciona misterną siatką brązowych korzonków.Powoli odkryto i resztę.Pergaminowa skóra przylepiona do kości i resztki odzieży.Tak,to był nasz pierwszy zabity,co do tego nie było żadnych wątpliwości.Ale kartka w butelce zbutwiala i litery przestały być czytelne. 

Dalej to już poleciało normalnie – skrzynia sosnowa,numer rejestracyjny i na ciężarówkę.Gdy zebrało sie sporo skrzyń samochód odjechał. 

 

Wtedy to właśnie uświadomiłem sobie inne znaczenie życia pośmiertelnego.Widać duszę tego naszego pierwszego zabitego nie przyjęto tam na górze.Według spisu on nadal żył bo ktoś tam u nich postanowił przemilczyć winę Anioła Stróża który nie dopilnowal i nie wypełnił swojego obowiązku. 

Dusza wróciła na ziemię ale ciało było kuż martwe i nie można było je ożywić.Łaskawa przyroda ulitowała się nad bezdomną duszą i przemieniła ją w krzak. 

 

Ciekawe co się stało z owym Aniołem Stróżem,może już został przeniesiony na niebieską  emeryturę,a za wieną służbę dostał pozłacane skrzydła.Tylko nasz pierwszy zabity nic nie dostał,a nawet tu na ziemi nikt nie zna jego imienia,bo kartka w butelce się rozpadła. 

 

Paryż 1997 

  • Facebook