UTRACONE LATA 

 

 

To była niedobra noc.Było zbyt cicho a to nie wróżyło niczego dobrego..Ta cisza kryła za sobą wszelkie niespodzianki , ale gdzieś w głębi miasta coś pomrukiwało jakby artyleria.Ale tu na naszym froncie nic się nie działo. 

Był koniec września i obszar oporu coraz to się zacieśniał i byliśmy jak oblężona twierdza.Ktoś wspomniał historie Zbaraża tylko że nie było miedzy nami pana Wołodyjskiego żeby prochy podpalił i zrobił koniec z tym bałaganem.Kiedyś w naszych narodowych legendach była piosenka o konnicy co to czwórkami do nieba idzie.Ale skąd tu wziąść konie kiedy ostatnią dorożkarską chabetę zjedliśmy trzy tygodnie temu. 

Noc cicha,bezksiężycowa.To tylko w piosence było o nocy   r ozświetlonej gwiazdamiZapomnieliśmy że coś takiego istnieje.Między nami a gwiazdami,o ile wogóle gdzieś tam były snuł się ciężki tuman dymu,który wisiał nad miastem od wielu tygodni. 

Siedzieliśmy pod barykadą patrząc w głąb miasta.Nie było nas już tak wielu jak na początku.Pierwszych poległych chowano z honorami,gdzieś zdobywano deski na jaką taką trumnę,ale i desek już nie było,ani niczego i tak szli do ziemi zwyczajnie z odkrytą twarzą bez pośmiertwej salwy bo naboje były wyliczone tak samo jak woda do picia i codzienna kasza. 

Zdobycznej amunicji już nie było bo nie było siły żeby zrobić wypad też i kawaleryjska fantazja się skończyła i zostało to czekanie,bo znikąd pomocy już nie można było oczekować.Noce zacichły i motory zrzutowych samolotów nie przynosiły nadziei.A ci zza rzeki czekali na naszą śmierć.Czerwona zaraza nie chciała uchronić nas od czarnej śmierci. 

Był u nas jeden co to w jesienną noc przez Bug z rodzicami przepłynął na tą stronę i to on bał sie tych czrwonych więcej niż smierci.A przed nami była tylko śmierć,to było jedyne wyjście bo o kapitulacji nikt nie chciał nawet myśleć. 

Strzelać już nie było czym a gdy któryś dostał w czapę i się skończył to jego naboje jak największy skarb były dzielone między nami.Byliśmy jakoś otępieli,ruchy stały się mechaniczne i tylko słuch się wyostrzył i wyczucie niebezpieczeństwa.Tyle  po latach się mówiło i pisało o "bohaterstwie" ale to było coś wynikalące z sytuacji i człowiek jako jednostka był tylko pionkiem którego ślepy los przesuwał jak chciał.Ale na naszej szachownicy tych pionów było coraz mniej,a wielkie figury siedziały gdzieś tam w środku miasta i nie wiedzieli co się dzieje tam na powieżchni. 

Naszą codziennością był głód i nocami szukaliśmy jedzenia po drugiej stronie frontu.U nich każdy żołnierz miał w chlebeku wikt na parę dni ,ale z tych poszukiwań nie każdy wracał. 

Nikt już nie mówił o dziewczynach,ani o życiu które zostało za nami razem z zapomnianą młodościąWspomnienia o świeżym chlebie były jak najpiękniejsze sny.Ludność chroniąca się po piwnicach też była głodna i oni i my czekaliśmy na kolumny niosące worki z ziarnem z browaru i na cukier którego jakoś dziwnie nigdy nie brakowało.Wódki też nie było bo zostana zabrana do szpitali jako środek znieczulający.Sanitariusze którzy adnosili rannych do lazaretów,mówili że aby tylko  

 

 

nie to i lepiej odrazu skończyć niż gnić w szpitalnym piekle.Przy amputacjach to sześciu trzymało pacjenta,siódmy poił go alkoholem a lekarz z piłą w ręku czekał na swoją kolejkę.A rany były straszne,od moździeży szarpane przez rozżarzone odłamki.Ran potrzałowych było mało,przeważnie to ci mało uważni co niechcący wychylili się zza osłony gdy przebiegali z pozycji na pozycję i nie dość nisko się schylali.Wśród zabitych było dużo dziewcząt które nie zważając na obsrzał  biegły do rannych.Na samym początku te zmobilizowane uczennice traktowały to wszystko jak zabawę,dla nich to była Wielka Gra.Ale teraz były one już dorosłe.Codzienny kontakt ze śmiercią położył koniec grze.Wogóle my wszstcy przestaliśmy być młodymi.Gdy zaczęła się wojna byliśmy dziećmi,chodziliśmy do szkoły,świat był uporządkowany i naraz z dnia na dzień to dzieciństwo się załamało.Wygnanie,śmierć i głód,rozerwane rodziny i tylko wtedy pozostała nadzieja ukryta w tajnych spotkaniach nad  rozebranym pistoletem w przygotowaniu do Wielkiej Chwili i to wszystko było jak zanawa.A gdy nadeszła ta Wielka Chwila to owo utracone dzieciństwo już nie wróciło bo gdzieś przepadło w te straszne lata.Byliśmy jak pisklęta wyrzucone z gniazda tylko pazury były już ostre i serce stwardniałe. 

Tej cichej nocy na barykadzie nie wiedzieliśmy jeszcze że broń na zawsze przyrosła nam do dłoni.Przed nami były jeszcze lata walki gdyż Wielka Gra się nie skończyła tak szybko,ale byliśmy już dość dorośli jeśli nie latami zapisanymi w metryce to w sercach naszych naraz narosło nam lat., Zaczęły się ciężkie dni i gdy śledczy zapytał – a ile ty masz lat? – to odpowiedź była – może sto a może wiecej... 

W końcu gdzieśtam wojna się skończyła i ludzie wracali,choć nie było do czego.Wielu z nas nawet nie myślało o tym że można by usiąść przy stole nakrytym  białym wykrochmalonym obrusem wśród bliskich ludzi,ale tych bliskich już nie było i stół był spopielałym drewnem na spalonej ziemi. 

Zamiast tego były wagony z oknami zakratowanymi drutem kolczastym i znowu jechały zapełnione bezbronnymi ale tym razem w innym kierunku bo na wschód. 

A myśmy walczyli tylko o to aby nie znaleźć w tych wagonach. 

Czy ta nasza walka przyniosła coś więcej niż cierpienie i zostawiła nocne koszmary na wiele lat.Już nigdy nie mogliśmy powrócić do normalnego życia i snów z dzieccinych lat. 

 

Paryż 2007 

  • Facebook